18 dni bez zegarka sportowego – co się zmieniło | PaceLab

18 dni bez zegarka sportowego – co się zmieniło

Po 20 miesiącach mój Garmin Fenix 7 Pro Sapphire Solar odmówił posłuszeństwa. Zamiast panikować i pożyczać sprzęt od kogoś, poczekałem na wymianę gwarancyjną. Trwało to 18 dni. I te 18 dni dało mi do myślenia – o uzależnieniu od danych, o tym, jak bardzo żyję w świecie liczb i analiz, i o tym, czego tak naprawdę potrzebuję do treningu.

Garmin Fenix 7 Pro Sapphire Solar w opakowaniu

Garmin Fenix 7 Pro Sapphire Solar – 20 miesięcy na ręce, potem 18 dni bez niego

Jak to się stało

To był drugi wybryk tego urządzenia i ostatni. Za pierwszym razem, kilka miesięcy wcześniej, przycisk LAP się po prostu zaciął. Odratowałem go hard resetem i namaczaniem w wodzie z kroplą płynu do mycia naczyń. Nie pytajcie – zadziałało.

Tym razem przycisk zaciął się na stałe, a do tego zegarek zaczął żyć własnym życiem – włączał co chwilę rzeczy, których nie chciałem. Odesłałem go na gwarancję.

Muszę przyznać, że w Garminie gwarancja to mocny atut – wymiana bez problemów. Ale jestem trochę zniesmaczony tym, że każdy produkt od tej firmy, jaki miałem do tej pory, musiałem odsyłać na gwarancję. Z jednej strony fajnie, że wymieniają bez gadania. Z drugiej – to sprzęt za grube pieniądze i powinien działać bez niespodzianek.

Pierwsze dni – syndrom pustej ręki

Na początku lekki szok. Tyle lat non-stop coś na lewej ręce i nagle tego nie ma. Miałem wrażenie, że brakuje mi jakiejś części ciała.

Łapałem się na odruchach. Patrzyłem na pustą rękę, żeby sprawdzić godzinę. Chciałem włączyć latarkę, idąc w nocy do toalety. Podczas treningu ręka automatycznie szła do góry – a tam nic.

Brakowało mi parametrów. HRV, tętno spoczynkowe, raport o śnie. Lubię to analizować, nigdy się na tym nie fiksowałem, ale lubię mieć te dane pod ręką.

Garmin Fenix pokazujący analizę snu - jakość świetna, 8h 14min

Te dane lubię – ale czy naprawdę ich potrzebuję codziennie?

I wtedy zadałem sobie pytanie: w sumie to po co mi te informacje?

Bo jak się nad tym zastanowić – nawet gdy miałem informację o niskim HRV czy słabym śnie, a czułem się dobrze, to i tak ruszałem na trening. Robiłem akcent. Na koniec dnia robiłem to, co miałem zaplanowane, nie to, co mi zegarek podpowiadał.

Dotarło do mnie, że HRV, sen, tętno spoczynkowe – to fajne wskaźniki, ale w perspektywie jednego dnia nic nie znaczą. Liczy się trend i obserwacja długoterminowa. Pojedynczy odczyt? Mogę go zignorować, jeśli czuję się dobrze. I tak zawsze robiłem.

Po kilku dniach zapomniałem, że kiedykolwiek nosiłem coś na ręce.

Treningi – tutaj zaczęło się dziać

Codzienne życie bez zegarka to jedno. Ale treningi? Tutaj odczułem największą zmianę.

Pływanie – powrót radości

Od początku powrotu na basen pływam tylko dwa razy w tygodniu. Przez dziwną politykę otwarcia basenów w Holandii nie jestem w stanie więcej – nie kosztem życia prywatnego. Te dwa razy traktuję jako trening dodatkowy, często musiałem skracać, żeby zdążyć do pracy. Przy takiej częstotliwości nie ma co się oszukiwać – formy pływackiej się nie zbuduje. Tym bardziej że startowałem z bardzo słabego poziomu.

Ostatni miesiąc przed awarią zegarka chodziłem na basen, bo „musiałem”. Jestem zapisany na Ironmana we Francji i te 3,8 km trzeba jakoś przepłynąć. Systematyczność musi być, nawet gdy nie ma motywacji.

Problem polegał na tym, że byłem sfrustrowany liczbami. Chciałem widzieć na zegarku czasy o wiele niższe niż to, co pokazywał. Przyszła irytacja, a co za tym idzie – spięte mięśnie, gorsze ruchy, jeszcze wolniejsze czasy. Błędne koło.

I wtedy zegarek się popsuł.

Pływak podczas treningu kraulem na basenie

Bez zegarka na basenie – skupienie na ruchu, nie na cyfrach

Zacząłem pływać bez patrzenia na czas. Po kilku basenach wróciła chęć do pływania. Nie przejmowałem się tym, w jakim czasie pokonam 100 metrów. Skupiałem się na tym, jak to zrobiłem – na pozycji ciała, na chwycie, na oddechu. Na pływaniu, nie na cyfrach.

Przez te prawie trzy tygodnie zrobiłem większy progres niż przez poprzednie dwa miesiące. Z zegarkiem bym tego nie osiągnął – ciągłe patrzenie na czas blokowało mnie mentalnie.

Co najważniejsze – polubiłem znów pływać. Teraz, gdy mam już nowy zegarek, dalej praktykuję niepatrzenie na czas podczas pływania. Włączam rejestrację i robię zadanie. Dane sprawdzam dopiero po wyjściu z basenu.

Rower – bez zmian

Na rowerze za wiele się nie zmieniło. Jest zimno, jeżdżę głównie na trenażerze, więc brak zegarka nie robił różnicy – wszystkie dane mam na ekranie komputera. Jedyna niedogodność? Musiałem przełączać między aplikacją TrainingPeaks Virtual a YouTube zamiast mieć to rozdzielone.

Bieg – odkrycie czucia ciała

Biegu się trochę obawiałem. Zwłaszcza akcentów typu 10×1 km na progu. Dystans to nie problem – moją pętlę znam na pamięć, wiem gdzie jest każdy metr trasy. Bardziej chodziło o tempo. Jak utrzymać 3:18/km bez zegarka?

Przyszedł czas na bieganie na czuja.

Ubierałem kamizelkę trailową, w niej telefon z włączoną Stravą do rejestracji TSS. Znalazłem w szufladzie jakiś stary zegarek analogowy – żeby wiedzieć, kiedy minęły 3 minuty i 18 sekund.

Przykład: trening 10×1 km

15 minut rozgrzewki, kilka rytmów, od 20. minuty start zadania. Co 3:18 przerwa, minuta truchtu, powtórka. Prosta sprawa.

Co się okazało na koniec? Że biegłem między 3:16 a 3:20 min/km jak od linijki. Bez GPS-a, bez podglądu tempa. Czyste czucie ciała.

Podobnie wyglądały treningi na progu tlenowym. Spróbowałem nawet szybszych odcinków – i też trafiałem niemal co do sekundy w założone tempo.

To dało mi ogromną pewność siebie. Lata treningu nauczyły moje ciało, jak wygląda dane tempo na każdej intensywności. Zegarek to potwierdza, ale nie jest niezbędny.

Biegacz w jesiennym lesie o poranku - mgła i promienie słońca

Bieganie na czuja – zaufanie do własnego ciała

Co mi to dało

Było to bardzo fajne 18 dni. Potrenowałem, można powiedzieć, bardziej romantycznie – bez ciągłego patrzenia na nadgarstek, bez analizowania każdego kilometra w czasie rzeczywistym.

Idealnie się to złożyło z moim kryzysem pływackim. Brak zegarka naprawdę uratował mi motywację do kontynuowania tej dyscypliny. Gdybym dalej patrzył na frustrujące czasy, pewnie bym się jeszcze bardziej zniechęcił.

Udowodniłem sobie też, że lubię ten sport taki, jaki jest. Uwielbiam trenować – czy to z zegarkiem, czy bez. Sport to nie cyfry na ekranie. To ruch, wysiłek, progres, radość z pokonywania własnych ograniczeń.

Dane to narzędzie, nie cel. Czasem brak danych uwalnia.

Ale – i tu muszę być szczery – cieszę się, że mam już nowy sprzęt. Lubię cyfry, analizę, te wszystkie dane. Lubię patrzeć na TSS, na trendy tętna, na rozkład stref. To jeden z niewielu gadżetów, które naprawdę pomagają mi budować formę.

Mogę nie mieć komputerka rowerowego. Mogę nie mieć wielu innych czujników. Ale porządny zegarek sportowy? To jest coś, czego nie chcę się pozbyć.

Wnioski na przyszłość

Dane są pomocne, ale w perspektywie jednego dnia niewiele znaczą. HRV, tętno spoczynkowe, analiza snu – fajne metryki, ale liczy się trend. Pojedynczy słaby odczyt nie powinien zmieniać planów treningowych, jeśli czujesz się dobrze.

Czasem warto odłożyć zegarek. Zwłaszcza gdy frustracja liczbami zaczyna zabijać radość z treningu. Skupienie na technice zamiast na czasie może dać lepsze efekty niż obsesyjne patrzenie na ekran.

Czucie ciała to wartość, której żadna technologia nie da. Lata treningu uczą, jak wygląda dane tempo bez patrzenia na GPS. To jest umiejętność, którą warto pielęgnować.

Ale technologia też ma swoją wartość. Analiza długoterminowa, śledzenie obciążeń, kontrola progresu – to pomaga trenować mądrze. Klucz to balans: nie uzależniaj się od danych, ale też ich nie ignoruj. Naucz się, kiedy patrzeć, a kiedy biec na czuja.

Czy kolejny zegarek sportowy będzie od Garmina? Nie. Ale to już temat na inny wpis.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry