
6:31:59 – brąz mistrzostw świata w Zofingen
Jak pisałem w poprzednim wpisie, decyzja o starcie w Szwajcarii zapadła dość późno. Chwilę po duathlonie w Czempiniu. Przygotowania zacząłem od razu po przyjeździe do Holandii po Ironmanie w Tours, bez żadnej przerwy, bez oddechu. Sezon miał się kończyć, a zamiast tego wszedłem w kolejny blok.
Sześć tygodni, które miały o wszystkim zdecydować
Trochę zmodyfikowałem mikrocykle względem Ironmana. Delikatnie mniejsza objętość, trochę większa intensywność. Wróciły zakładki bieg-rower.
Najdłuższy trening tygodnia robiłem w piątek i to była zawsze ta specyficzna jednostka. Rower na jedynym podjeździe, jaki jest w okolicy, plus tempo startowe po płaskim — dokładnie takie, jakie zamierzałem utrzymać na zawodach. Przykładowo: 30 minut luzu, 16 razy podjazd w tempie startowym, 30 minut resetu i godzina tempa startowego po płaskim. A na to jeszcze bieg — w tempie startowym albo wolniej, zależnie od tego, jak wyglądał tydzień.
Większość tych treningów wypadła w upał. Holandia potrafiła tego lata dać w kość. Wiele rzeczy i przyjemności sobie wtedy odpuściłem, o czym pisałem szerzej ostatnio.
Kluczową symulację wyścigu zrobiłem trzy tygodnie przed startem. I to był ten moment, w którym wiedziałem, że jest dobrze. Czułem się mocny, głowa była na miejscu, nogi odpowiadały na wszystko, o co je prosiłem. Ostatnie dwa tygodnie to już tylko tapering i pilnowanie, żeby niczego nie zepsuć.
Tydzień przed startem, czyli jak sobie samemu utrudnić życie
Tydzień przed zawodami mieliśmy jeszcze przeprowadzkę mojej dziewczyny. Do tego zaliczyłem gran fondo z grupą Polaków w Holandii — 110 km w regionie Utrechtu. Pogoda była fatalna. Padało i wiało tak, że po powrocie nie czułem palców.
I po tej „przejażdżce” albo rzeczywiście mnie coś brało, albo sobie to wmawiałem. Do czwartku czułem delikatny ból gardła. Poszły w ruch czosnek, miód, gorące prysznice i cały ten domowy arsenał. W głowie tylko jedno: nie teraz, nie po sześciu tygodniach takiej roboty.
W piątek z samego rana wyruszyliśmy z Dominiką do Szwajcarii. Droga była ciężka, dużo zdarzeń na drodze, dziesięć godzin za kierownicą. Ale dojechaliśmy bezpiecznie i to było najważniejsze.

Widok ze wzgórza nad Zofingen – trochę inna perspektywa niż holenderskie wiadukty
Sobota — tym razem ja byłem kibicem
W sobotę ruszyliśmy po pakiety startowe. Ja na niedzielny duathlon, Dominika na swój sobotni Zofingen 5000.
Tego dnia zamieniłem się w kibica, co szczerze lubię. Jest w tym coś innego niż w startowaniu — nerwy masz, a nic z nimi nie zrobisz, bo to nie ty biegniesz.
Warunki były podłe. Około 30 stopni, ani skrawka cienia, bieg w środku miasteczka. Patelnia w czystej postaci.
Dominika poradziła sobie znakomicie. Drugie miejsce z czasem 20:35,4 Wygrała Slavka Bouzon z czasem 19:33,1, trzecia była Tamara Graf — 20:57,2. Dominika pokazała charakter i walczyła do samego końca, mimo że ten upał rozkładał wszystkich po kolei.
Potem obiadek, chwila na szczycie jednego ze wzgórz poza miasteczkiem i spać.
Niedziela — poranek bez nerwów
Spałem dość dobrze, co przed takim startem wcale nie jest oczywiste. Wszystko miałem naszykowane dzień wcześniej, więc rano nie musiałem się z niczym motać. Pojechaliśmy odpowiednio wcześniej, parking znaleźliśmy blisko i po trzydziestu minutach wszystko było na swoim miejscu, a ja gotowy do rozgrzewki. Zero biegania z językiem na brodzie, zero szukania czegokolwiek. Tak to powinno wyglądać.
Rozgrzewka klasyczna: 15 minut truchtu, aktywacja mięśni, wymachy, pięć rytmów na jakieś 6/10 RPE, znowu pięć minut truchtu, WC i na linię startu.
Ten moment
I wtedy przyszedł ten moment. Ten, na który czekałem od maja. Na który pracowałem przez sześć tygodni, dla którego odpuściłem festiwale, spotkania i pół lata „normalnego” życia. Stoisz w bloku startowym na mistrzostwach świata i nagle wszystkie te poranki przed pracą, wszystkie wieczory i wszystkie wątpliwości układają się w jedno zdanie: jestem tutaj, zdrowy, na starcie.
Byłem pewny siebie. Jak zawsze w stawce było kilku rodaków, co mnie dodatkowo budowało. I nie przyjechałem tam „powalczyć o dobry wynik”. W mojej głowie przyjechałem walczyć o zwycięstwo.
Za głównego przeciwnika obrałem sobie Grima Doclo z Belgii — zwycięzcę i wielokrotnego medalistę mistrzostw świata w kategoriach wiekowych. Wiedziałem, gdzie patrzeć i za kim jechać.
Było słonecznie, 19 stopni. Idealnie.
Pierwszy bieg — cierpliwość, a potem atak
Po wystrzale startera od razu skręciłem w cień Belga. Czołówka ruszyła dość mocno i pierwsza trójka odjechała na jakieś sto metrów już na pierwszym kółku. Trzeba było to przełknąć i nie dać się ponieść.
Trasa od pierwszych metrów daje w kość. Pierwsze trzy kilometry pod górkę, z czego ostatni podbieg z solidnym przewyższeniem, w lesie, po nierównościach. Połowa asfaltu, połowa szutru. A zbieg? Zbieg był tak stromy, że walczyliśmy głównie o to, żeby się nie wywalić — kamienie, żwir i 2:45 min/km. Dla trailowców to pewnie chleb powszedni, ale dla kogoś, kto mieszka w Holandii i najwyższe wzniesienie widuje na wiadukcie, to spore wyzwanie.
Od tego zbiegu zacząłem prowadzić grupę pościgową. Nie z brawury — po prostu tempo było dla mnie za wolne i czułem, że siedzę pod swoimi możliwościami.
I to widać w międzyczasach. Pierwsze kółko 18:51,6, drugie 17:56,9. Prawie minuta szybciej. Na drugim kółku już realnie zbliżaliśmy się do czoła stawki, a pod koniec wyprzedziłem trzeciego i drugiego zawodnika. W takiej kolejności wbiegłem do strefy zmian i w takiej z niej wyjechałem.
Pierwszy bieg: 36:48,5. Dokładnie tak, jak to sobie poukładałem w głowie.
T1 — 1:09
Bez szarpania i bez głupich ruchów. Kolejność zawsze ta sama: kask, rękawiczki, buty kolarskie, żele do kieszeni, jeden żel od razu do zjedzenia. 1:09,6 i jedziemy.
Rower — cztery godziny na czuja
Na rowerze postanowiłem zaryzykować w dwóch kwestiach.
Pierwsza to żywienie — 120 gramów węgli na godzinę. Testowałem to wcześniej na treningach i było w porządku, ale zawody to zawsze inna bajka, bo tam wszystko dzieje się na wyższej instensywności i przy większym stresie.
Druga to moc. Grim jest świetnym kolarzem i wiedziałem, że jeśli chcę z nim zostać, muszę dołożyć watów, zwłaszcza na podjazdach. Bez tego mogłem od razu jechać po pamiątkowy medal.
Do pierwszego podjazdu szybko dogoniłem Francuzów. Okazało się przy okazji, że Belg po pierwszym biegu został trochę z tyłu, co dało mi dodatkowy zastrzyk pewności.
Znowu padł pomiar mocy. Pokazywał absurdalnie niskie liczby, kompletnie oderwane od tego, co czułem w nogach. Drugi raz w tym sezonie na ważnym starcie. Na szczęście byłem już na to przygotowany psychicznie, więc bez większych nerwów przerzuciłem się na tętno z paska i samopoczucie. Jak nie ma watów, to jedziemy na odczucia.
Do pokonania mieliśmy trzy pętle, każda z trzema porządnymi podjazdami i zjazdami, a między nimi pofałdowany i płaski teren. Grim dopadł mnie i Francuzów już na pierwszym kółku, na drugim podjeździe.
Od tego momentu zaczęła się prawdziwa jazda. Współpracowaliśmy, wzajemnie się napędzali i nie traciliśmy Belga z oczu. Na drugim kółku odjechał nam już trochę bardziej, a jeden z zawodników odpadł z grupy. Zostaliśmy we dwóch — ja i Pierre Barbier z Francji.
Pogoda była wspaniała. Bezchmurne niebo, z każdą godziną coraz cieplej, pod koniec roweru już jakieś 28 stopni. Na szczytach podjazdów otwierał się widok na Alpy i powiem szczerze — to dodawało sił. Są takie momenty w zawodach, kiedy podnosisz głowę, widzisz coś takiego i przez chwilę zapominasz, że pieką cię nogi.
Do końca trasy schemat był prosty: na podjazdach i płaskim prowadziłem ja, na zjazdach Barbier. Przez większość czasu goniłem Doclo, choć Francuz też uczciwie dawał zmiany. Bądź co bądź jazda nawet te dwanaście metrów za kimś daje chwilę ulgi i czas na spokojne zjedzenie żela.
Trzymałem górne wartości założonego tętna i chyba jednak trochę przesadziłem. Ostatnie dwadzieścia kilometrów czułem zmęczenie, czego w Tours kompletnie nie było — tam zszedłem na bieg praktycznie świeży. Tutaj już wiedziałem, że drugi bieg będzie kosztował.
Brzuch też zaczął mówić dość. Te 120 gramów węgli to było chyba o jakieś dziesięć za dużo na godzinę. Zapamiętam na przyszłość.
Ale najgorsze było co innego. Od początku etapu rowerowego chciało mi się siku. Lekko, znośnie, ale cały czas. I tak wytrzymałem całe cztery godziny, w pełnym słońcu, wypijając po drodze cztery bidony izotoniku i zjadając osiem saltsticków. To jest ten rodzaj dyskomfortu, o którym nikt nie pisze w relacjach, a który siedzi z tobą kilometr po kilometrze.
Rower — kółka
Widać dokładnie, gdzie zaczęło brakować. Trzecia pętla prawie trzy minuty wolniejsza od drugiej.
T2 — poniżej minuty
Tu poszło perfekcyjnie. 1:00,2 i najszybsza zmiana ze wszystkich.
Drugi bieg — te 90 sekund
Na biegu od pierwszych metrów było ciężko. Gorąc lał się z nieba, a żołądek miał już swoje zdanie na temat żeli. Jak tylko o nich pomyślałem, robiło mi się niedobrze, ale jakoś na siłę udało się jeszcze jeden przełknąć. Mój ulubiony arbuzowy w końcu przeszedł.
Byłem na drugiej pozycji, praktycznie równo z Barbierem. Biegliśmy razem do trzeciego kilometra.
I tutaj trasa pokazała swoje drugie oblicze. Zbieg, który w pierwszym biegu był zbiegiem, teraz zamienił się w podbieg. Tak stromy, że nie dało się go biec — trzeba było po prostu podchodzić. Cztery razy.
A potem stało się to, o czym będę pamiętał najdłużej. W lesie na trzecim kilometrze, zaraz po minięciu pierwszej kobiety PRO — a więc razem z nią kamer i transmisji na żywo, która mój skręt w krzaki oczywiście uwieczniła — musiałem stanąć. Nie dałem rady dłużej.
Wiele osób pewnie zrobiłoby to w locie, wiedząc, że walczy o medal mistrzostw świata. Ja nie potrafię. I tyle. Kosztowało mnie to jakieś 90 sekund.
Ruszyłem dalej. Cztery kółka, każde niby po 7,5 km, choć oficjalnie wychodziło mniej — łącznie 26,8 km. To już był typowy bieg trailowy: trochę asfaltu, reszta po lesie i szutrze, jakieś 65 procent lasu, 35 asfaltu.
Na piętnastym kilometrze zjadłem ostatnie pół żela i resztę postanowiłem dowieźć na samych saltstickach i wodzie. Nic innego już we mnie nie wchodziło.
Każde kółko wyglądało tak samo: pół pod górkę z tym dramatycznym podejściem, pół z górki. Więc kryzys zawsze przychodził w tym samym miejscu, jak w zapętlonym filmie. A potem, na czwartym kółku, kiedy dotarło do mnie, że to już naprawdę końcówka, coś się we mnie odpaliło i pojechałem mocno.
Drugi bieg — kółka
Czwarte kółko było najszybsze z trzech ostatnich, co potwierdza, że końcówkę faktycznie przycisnąłem. Ale spójrz na pierwsze. 26:10 — i to razem z półtorej minuty stania w lesie. To chyba najlepiej pokazuje, ile mnie ten postój kosztował i dlaczego do dziś wraca do mnie ta myśl.
Pierwszej dwójki już nie dogoniłem.
Meta
6:31:59,7.
Powerman Zofingen 2026 — podsumowanie
3. miejsce OPEN, na 135 startujących, z których 111 dojechało do mety. 3. miejsce w kategorii 35-39.
Tak się akurat złożyło, że moja kategoria miała czterech pierwszych zawodników OPEN. Mocna paczka.
A straty? Tu boli najbardziej. Do Grima Doclo (6:29:25,5) — 2 minuty 34 sekundy. Do Pierre’a Barbiera (6:30:15,2) — 1 minuta 44 sekundy. Czwarty na mecie, Filip Inglot, również z Polski, był za mną 16 minut 44 sekundy. To pokazuje, jak wąska była walka na samym przodzie.
Podium M35-39 na mistrzostwach świata – Zofingen 2026
Co z tego zostaje
Jestem bardzo szczęśliwy z tego, co osiągnąłem. To był kawał dobrej roboty, rozłożonej na sześć tygodni, których nikt nie widział. Udowodniłem sobie przy okazji, że mając rower średniej klasy, można wykręcić drugi czas zawodów — bo pozycja i nogi robią więcej niż cennik.
Wszystko, co poświęciłem przez to lato, nie poszło na marne. Warto żyć dla takich chwil.

Chwila spokoju po sześciu i pół godzinach walki
I celebruję to w sobie do dzisiaj. Nauczony swoim i cudzym doświadczeniem wiem, że celebracja nie może się skończyć następnego dnia. Nie ma co dopuszczać do tej pustki, która dopada wielu zawodników zaraz po osiągnięciu celu — nagle wszystko, co cię napędzało przez pół roku, znika w jedno popołudnie. Po to to robimy i po to trenujemy, żeby potem z tego czerpać, a nie odhaczyć i lecieć dalej.
Czy gdybałem, co by było, gdyby nie ten postój w lesie? Oczywiście, że tak. Półtorej minuty, a do drugiego miejsca brakło 1:44. Liczby układają się aż za ładnie. Ale nikt nie wie, jak potoczyłby się ten wyścig, gdybym nie stanął — może dogoniłbym Barbiera, a może rozłożyłbym się dwa kilometry dalej. Tego się już nie dowiem i nie ma co się tym zżerać.
Dziękuję
Bardzo dziękuję mojej drugiej połówce, która była tam ze mną. Takie dalekie wyjazdy z kimś są po prostu łatwiejsze. Stres przedstartowy schodzi do minimum, jest komu ponarzekać, jest do kogo się przytulić i jest z kim spędzić te godziny przed i po. To robi ogromną różnicę, większą niż niejeden gadżet za tysiąc euro.

Cola, woda i uśmiech – czego chcieć więcej
Co dalej
Pora zamykać ten przedłużony sezon. Został jeszcze start w półmaratonie w Wieruszowie na pożegnanie i wtedy wreszcie zaczynam wyczekiwany off-season.
Teraz będzie też trochę więcej czasu, żeby wrzucić na bloga więcej merytoryki, a nie tylko relacje z zawodów. Obiecuję, że wrócę z czymś fajnym i pożytecznym.
Stoisz w bloku startowym na mistrzostwach świata i nagle wszystkie te poranki przed pracą, wszystkie wieczory i wszystkie wątpliwości układają się w jedno zdanie: jestem tutaj, zdrowy, na starcie. I to wystarczy.
