Przejdź do treści

Lato na krawędzi

Ironman Tours za mną, sezon miał się kończyć. Trzy tygodnie roztrenowania i spokojne przejście do przygotowań pod maraton. Taki był plan. A potem pojawiła się nominacja na Zofingen i zaczęło się kręcić w głowie.

Kontekst

Zanim przejdę do sedna – przypomnę, że jestem amatorskim zawodnikiem. Chodzę normalnie do pracy. Zajmuję się domem. Niedługo zamieszkam razem z moją dziewczyną, więc spraw prywatnych do ogarnięcia nie brakuje.

Nie mam luksusu skupienia się wyłącznie na sporcie. Trenuję rano przed pracą. W wolne dni robię długie treningi, poza niedzielą – wtedy staram się ani nie pracować, ani nie trenować. Chyba że mam zawody.

A jak to w życiu bywa – co chwilę wyskakuje coś, czego nie planowałeś. I musisz sam sobie z tym poradzić, bo nikt za Ciebie tego nie zrobi.

Plan kontra rzeczywistość

Ogólny plan na ten rok był prosty. Po Ironmanie Tours zaczynam roztrenowanie, potem odpoczynek i wchodzę w nowy blok. Bieg na dyszkę w Walencji, a na wiosnę start główny – maraton w Tokio. Później zaczynam sezon duathlonowy.

Jak to w życiu – plany się pozmieniały.

Po bardzo dobrym starcie w Czempiniu odebrałem nominację na start w Zofingen – mistrzostwach świata w duathlonie na długim dystansie. 10 km biegu, 150 km roweru, 30 km biegu. I tu zaczęło się kręcić w głowie.

Wzięły mnie wspomnienia tych znakomitych zawodów. Atmosfera, trasa, miejsce. Dystans, na którym się bardzo dobrze czuję. Zróżnicowany teren, który mi odpowiada. Zacząłem to rozważać na poważnie.

Po rozmowie z moją dziewczyną postanowiłem, że wystartuję. Póki mam na to jeszcze przestrzeń i w sumie jestem w prime. Peselu nie oszukam – 35 lat, to już raczej końcówka ścigania się na najwyższym poziomie. Nie ma na co czekać.

Zapisałem się.

Cena decyzji

Z tą decyzją trzeba było zmienić cały sezon. Roztrenowanie po Ironmanie? Skrócone do minimum. Zamiast odpoczynku – kolejny blok treningowy, zaraz po starcie głównym na wiosnę i Ironmanie.

Co z Tokio? Kryterium czasowe dla zagranicznych zawodników zaostrzyli z 2:28 na 2:22. Takiego czasu nie mam, więc czekam na loterię.

Ale nie tylko sezon się zmienił. Trzeba było trochę poświęcić życie prywatne. Nie ma co ukrywać – nie da się trenować 13-16h netto tygodniowo nie poświęcając jakiegoś aspektu życia. Godziny są skończone. Doba ma 24, a ja jeszcze muszę pracować, jeść, spać i jakoś funkcjonować.

6 tygodni

Po Ironmanie byłem jeszcze kilka dni we Francji i później tydzień w Polsce. Po powrocie do Holandii zacząłem kolejny blok treningowy pod Zofingen.

Tomek przy kółkach olimpijskich pod Wieżą Eiffla w Paryżu

Paryż po Ironmanie – ostatni luz przed młynkiem

Pogoda dopisywała jak nigdy w Holandii. Było bardzo gorąco przez 6 tygodni. Niektóre treningi, zwłaszcza biegowe, były brutalne. Szczególnie te, które musiałem robić w pełnym słońcu – bez cienia, bez wiatru, po prostu skwar.

Dwa tygodnie po powrocie do Holandii złapała mnie choroba na kilka dni. Na szczęście nic poważnego, ale wybiło mnie z rytmu i kosztowało trochę nerwów.

W międzyczasie wziąłem sobie na głowę dodatkową pracę. Przez mocny fokus na treningi nie wychodziłem ze znajomymi. Odpuściłem festiwale, na które chciałem iść. Odpuściłem takie mniejsze prywatne sprawy, które chciałem tego lata załatwić – bo wcześniej każde lato trenowałem i nie miałem na to przestrzeni. Tym razem miało być inaczej, ale Zofingen to zmieniło.

To, czego nikt nie widzi

Dni treningowe plus praca to czysta rutyna. Każdy dzień wyliczony co do minuty, bez marginesu na coś ekstra. Dieta pilnowana pod linijkę, żadnych wyjątków. Trening rano, praca, dom, spać. Powtórka.

Strava – hill repeats and tempo, 105 km, 1205m przewyższenia, 214W

105 km, 1205m przewyższenia, 214W – zwykły piątek

Po ciężkich sesjach – piątkowych longach albo zakładkach – wracałem do domu pusty. Nie tylko fizycznie. Tak działają wielogodzinne treningi w okresie startowym na tempie wyścigowym. Wypłukują nie tylko nogi, ale i głowę. A w domu i tak czekały rzeczy do zrobienia, bo się same nie zrobią.

Niedziele – jedyny dzień wolny w tygodniu – wyglądały zawsze tak samo. Odpoczynek. Nie miałem ochoty nigdzie wychodzić, jechać gdzieś pozwiedzać, spotkać się z kimś. Ciało chciało regeneracji i nic poza tym.

Jedyna osoba, z którą się regularnie widywałem, to moja dziewczyna. Też trenuje, więc na szczęście rozumie, jak wygląda życie blisko startów – a tym bardziej przy przedłużonym sezonie. Choć nie ukrywam, że często byłem przy niej dość niemrawy. Kiedy siedzisz w takim bloku treningowym, to druga osoba dostaje zmęczoną, przygaszoną wersję Ciebie. Nie jest to fair, ale tak to wygląda.

Z tygodnia na tydzień zmęczenie się kumulowało. Doszły różne sytuacje, które ściągały mnie mentalnie na dół. A ja jechałem na krawędzi.

Oczywiście nie było tak cały czas, bo bym już dawno odpadł z gry. Były to ciężkie pojedyncze dni, w których byłem sam. Nikomu z najbliższych nawet o tym nie wspominałem.

Piszę o tym otwarcie, bo mam wrażenie, że za mało się mówi o tej stronie sportu amatorskiego. Każdy wrzuca na Instagram uśmiechnięte zdjęcia po treningu, wykresy z Garmin Connecta i relacje z zawodów. Nikt nie pokazuje wieczorów, kiedy siedzisz sam w mieszkaniu i zastanawiasz się, po co to robisz.

Co robiłem w te gorsze dni? Różnie. Czasami szedłem na spacer. Czasami odpaliłem jakieś głupoty na YouTube, żeby się wyłączyć. Czasami sięgnąłem po książkę. Innym razem po prostu siedziałem i rozkminiałem. A zdarzało się, że toczyłem wewnętrzną walkę ze sobą – czy to wszystko ma sens, czy nie przesadzam, czy za dużo sobie nałożyłem na barki.

Ale następnego dnia budzik dzwonił, ja wstawałem i szedłem trenować. Bo decyzja została podjęta.

Dwa tygodnie do startu

I tak oto jestem dwa tygodnie przed Zofingen, ze znakomitą formą. Szczegóły treningu napiszę we wpisie po zawodach.

Przede mną i moją partnerką ostatnia prosta w przeprowadzce i urządzeniu mieszkania. Bardzo mnie to cieszy i napędza w działaniu. Poza treningiem też zaczyna się wszystko układać.

Za dwa tygodnie start, na który czekam coraz bardziej. Już jest w zasięgu mojego wzroku. Zostało naprawić drobne rzeczy w rowerze i w sumie jestem gotów. Byle tylko stanąć na starcie zdrowym – będę szczęśliwy i dam z siebie wszystko.

A dwa tygodnie po Zofingen czeka mnie jeszcze Półmaraton Aleją Dębów Czerwonych w Wieruszowie – 20 września. 16. września jedziemy do Polski i to już będzie oficjalne zamknięcie sezonu startowego.

Czy żałuję?

Czy żałuję tych wakacyjnych miesięcy spędzonych na treningu? Nie.

Czy czuję się zmęczony mentalnie? Z każdym dniem coraz mniej.

Wiem natomiast jedno. Nie da się pogodzić na 100% pracy, rodziny i treningów. Gdzieś trzeba ustąpić. I te wszystkie piękne historyjki w internecie o idealnym balansie, jaki zachowują amatorzy przy takiej ilości treningu? Nie wierzę w to. Ktoś zawsze płaci cenę – albo praca, albo relacje, albo zdrowie psychiczne. Kwestia tego, na ile potrafisz tę cenę minimalizować i jak szybko po sezonie wracasz do normy.

Sezon się kończy. Za dwa tygodnie Zofingen, dwa tygodnie później Wieruszów i koniec. Forma jest, głowa wraca na miejsce, a w domu czeka ktoś, z kim chcę spędzić ten offseason.

Było warto.