Czempiń 2026 – powrót po roku
Rok temu DNF. Trzy tygodnie temu kolejny DNF w Almere i odkrycie, że problemem był strój. Teraz – sobota 9 maja 2026, mistrzostwa Polski w duathlonie na dystansie średnim w Czempiniu. Domknięcie rocznej historii.
Do Polski pojechałem już 6 maja (środa). Droga była tragiczna – 1200 km zajęło mi aż 15 godzin. Jeden z gorszych czasów przejazdu z Holandii do domu rodzinnego. Byłem na miejscu w środę około 23:50.
Czwartek i pół piątku spędziłem z rodziną. Pomogło mi to wjechać do Czempinia z dobrą myślą.
Piątek – dojazd i przygotowania
W piątek po południu ruszyłem w 250-kilometrową trasę. Tym razem bez problemów i szybko. Zameldowałem się w hotelu, odebrałem pakiet startowy, wypucowałem rower, kolacja i do łóżka.
Numer 184 – pakiet startowy odebrany
Przed snem spojrzałem jeszcze raz na listę startową, a tam aktualizacja – pojawiło się kilku zawodników PRO. Ucieszyło mnie to. Uwielbiam ścigać się z najlepszymi i byłem ciekaw, jak wypadnę na tle ludzi, którzy zajmują się tylko sportem.
Szedłem spać z uśmiechem, ale kiełkowała mi w głowie jedna kwestia – ból lędźwi. Czy się pojawi, czy nie. Trochę zajęła mi ta pętla myśli, ale wyszedłem z niej, przekierowując uwagę na inne rzeczy. Zasnąłem szybko.
Dzień startu – wypoczęty i gotowy
Dzień startu był od początku super. Zawody dopiero o 13:00, także się wyspałem jak należy. Dobre śniadanie, ogólnie czułem się wypoczęty i gotowy.
Po śniadaniu zrobiłem sesję pobudzającą – różne skłony, wymachy, podskoki. Następnie znowu leżakowanie i na start.
Rower w strefie zmian – pomarańczowy dywan, gotowi do akcji
Byłem odpowiednio wcześnie. Bez pośpiechu odstawiłem rower, utrwaliłem sobie, gdzie się znajduje, żeby później nie tracić czasu na szukanie. Zostawiłem kask, buty kolarskie, żele i jedną parę butów biegowych – na duathlon używam dwóch par: na pierwszy bieg te bardziej agresywne (w nich startowałem), na drugi te bardziej komfortowe (czekały w strefie zmian).
Przed rozgrzewką spotkałem przypadkiem starych znajomych, których nie widziałem 7 lat. Bardzo mnie to ucieszyło. Kiedyś razem maratony techno, dzisiaj duathlon.
Rozgrzewka taka jak zawsze przy biegu, i poszedłem na linię startu.
Pierwszy bieg – kontrola i 3. pozycja
Pierwszy bieg – tempo 3:18/km, totalnie pod kontrolą
Ustawiłem się w pierwszej linii. Byłem pewien swojego poziomu sportowego i wytrenowania. Ruszyłem bez podpalania się. Dwóch zawodników z przodu pobiegło samych, a ja zostałem w pierwszej grupie razem z trzema innymi – razem cztery osoby. Wiedziałem, że tempo czołówki nie jest na moje możliwości.
Tempo 3:17 min/km było tym, na co się przygotowałem. Pierwszy bieg był bez historii – totalnie pod kontrolą, bez szarpania i podejmowania złych decyzji.
Wbiegłem do T1 na 3. pozycji, ze średnią 3:18 min/km.
Co najważniejsze – nie było bólu lędźwi!
T1 – szybka zmiana
W T1 szybka zmiana butów na kolarskie (tak, nie wskakuję na rower z butami wpiętymi). Mimo to zrobiłem jedną z najszybszych zmian – 1:12.
Rower – skurcze z kosmosu
Początek ruszyłem tak, jak zaplanowałem. W głowie lędźwie, ale nic. Bólu nie ma. Kontynuowałem plan.
Po 8. kilometrze wyprzedziło mnie dwóch zawodników. Chwilę się za nimi puściłem, ale to wymagało za dużej mocy ode mnie. Ponad 300 W to nie na moje nogi. Minimalnie odpuściłem.
I jak to zrobiłem, to pojawił się inny problem – skurcze w łydkach. I to naprawdę mocne.
Etap rowerowy w pełnym aero – 40 km na granicy skurczy, średnia 43 km/h
Jechałem resztę trasy 40 km na granicy. Mniejsze skurcze – kręciłem założone waty, mocne skurcze – trochę zwalniałem. Zgrało się to akurat z zawodnikiem, którego tempo było podobne do mojego. Każdy jechał sam, zgodnie z przepisami, ale fakt, że ktoś jechał blisko (w dozwolonej odległości 12 metrów), psychicznie pomagał.
Rower skończyłem na 5. pozycji, średnia prędkość 43 km/h.
T2 i drugi bieg – walka z ciałem
Po zejściu z roweru skurcze się spotęgowały. Ledwie biegłem truchcikiem do T2, która zajęła mi 1:32 – sporo, ale nogi nie pozwalały na więcej. W głowie pojawiły się myśli, że może znowu zaliczę DNF. Ale nie poddam się, dopóki naprawdę nie będę musiał się zatrzymać.
Pierwsze 2 kilometry jak na mnie naprawdę powoli – zegarek pokazywał 3:55 min/km. Ale z kilometra na kilometr było coraz lepiej. Cały czas na granicy.
Wbieg na metę – walka z każdym kilometrem dociągnięta do końca
Ostatni kilometr byłem w stanie biec już 3:35 min/km. Drugi bieg skończyłem w 37:53.
Wynik
Czempiń 2026 – podsumowanie
Ogólnie skończyłem na:
- 6. miejsce open
- 1. miejsce AG 35-39
- 2. miejsce wśród amatorów
Top 6 mistrzostw Polski – po lewej Open, po prawej wśród amatorów
Cieszy mnie ten wynik. Po roku od DNF, po trzech tygodniach od kolejnego DNF w Almere, dociągnąłem zawody do końca. Znalazłem przyczynę bólu lędźwi (strój!). Skurcze są nowym tematem do analizy, ale to już inna historia.
Czy czuję niedosyt?
Trochę tak. Druga dycha powinna być przynajmniej dwie minuty szybsza, ale nie ma co narzekać. Idziemy do przodu.
A u podopiecznych?
Co przed nami:
- Wiesiek – za tydzień startuje w UTMB na dystansie 39 km
- 14.06 – kilka osób startuje w Ironmanie w Tours we Francji
- Biegacze – szykują się do półmaratonu we Wrocławiu
Tydzień później – Vestingloop Hellevoetsluis
Niedziela 17 maja 2026, bieg na 5 km. Trasa super techniczna – mnóstwo zakrętów, kilka odcinków po bruku i… schody. Tak, prawdziwe schody na trasie biegu.
Meta Vestingloop – 1. miejsce ogólnie
Mimo zmęczonych nóg po Czempiniu wygrałem zawody ogólnie. Dominika była trzecia wśród kobiet. Dwa starty pod rząd, dwa razy podium PaceLab.
Jeszcze jedna podopieczna w tym tygodniu zaliczyła ważny start – debiutowała w półmaratonie w Czechach. Bardzo udany debiut.
Dwa puchary – 1. miejsce ogólnie i 3. wśród kobiet
Co dalej?
14 czerwca – pełny dystans Ironman w Tours we Francji.
I doszły mistrzostwa świata w duathlonie na dystansie długim, na które dostałem slota od PZTRI. Wracam do Zofingen.
Nominacja do kadry narodowej – MŚ Zofingen 6 września 2026
Trochę to zaburzyło mój plan roztrenowania w czerwcu, ale nie ma na co czekać. Trzeba startować i robić dobre wyniki, póki jest na to przestrzeń.
Rok temu DNF. Trzy tygodnie temu drugi DNF. Teraz – dociągnąłem do mety. Czasem zwycięstwo wygląda właśnie tak: nie najszybciej, nie bez bólu, ale do końca.


