Mistrzostwa Holandii, DNF w Almere i strój, który wszystko zepsuł
Relacja z dwóch ostatnich startów w mojej głównej dyscyplinie. Historia, która zaczęła się od mistrzostw Holandii, gdzie przez ból walczyłem o każdą sekundę, a skończyła na DNF-ie, łzach w samochodzie i przełomowym odkryciu.
RBR Rotterdam – Mistrzostwa Holandii – 28.03.2026
Przed startem
Trasa zawodów jest na jednej z moich ulubionych miejscówek do jazdy na rowerze w Holandii. Jedno z niewielu miejsc, gdzie można chociaż parę kilometrów jechać bez świateł, skrzyżowań czy rond. Mieszkając wcześniej w Rotterdamie, było to moje ulubione kółeczko. Techniczne, ale w miarę bezpieczne.
Z rana nastawienie dobre, pogoda akceptowalna. Wietrznie, ale na deszcz się nie zapowiadało. Do startu zregenerowałem się trochę mocniej niż do biegu na 5 km. Zmniejszyłem stres treningowy (TSS) zaledwie o 15%. Cudów nie oczekiwałem, ale na dobry wyścig liczyłem.
Przebieg wyścigu
Trasa biegowa liczyła 4 okrążenia wzdłuż wału. Pierwsza długość z wiatrem, powrót pod bardzo silny wiatr – i nie mam tu na myśli wiaterku w mieście czy parku, tylko holenderskie podmuchy na otwartej przestrzeni.
Pierwsze 10 km skończyłem w drugiej grupie ze średnim tempem 3:20 min/km, co dało mi wyjściową 9. pozycję.
Pod koniec biegu niestety – jak grom z jasnego nieba – powtórka z Czempinia. Zacząłem czuć lędźwie. Na rowerze ból się tylko nasilił, lecz nie na tyle, żeby zejść z trasy. Byłem zaskoczony i poirytowany, że koszmar wrócił.
Rower zacząłem z ogromną rezerwą. Niestety nie potrafiłem kręcić na miarę swoich możliwości przez ból lędźwi. Zacisnąłem zęby i udało się wykręcić w tej wichurze 271 W avg, co na tej trasie dało średnią 39,3 km/h.
Etap rowerowy w wichurze – 271 W avg, 39,3 km/h
5-kilometrowy bieg dokończyłem na tyle, na ile mogłem na tę chwilę – średnia 3:37 min/km.
RBR Rotterdam – podsumowanie
Oficjalny wynik – 10. pozycja, 1:58:12
Czy jestem zadowolony?
Tak, mimo bólu udało się ukończyć. Ale zacząłem się niepokoić, że powrócił stary problem. Tydzień wcześniej zacząłem jeździć na krótszej korbie -10 mm. Całą winę zrzuciłem na brak adaptacji.
RBR Almere – 12.04.2026
Przed startem w Almere – uśmiech, ale lędźwie już dawały znać
Przed startem
Do tego startu też nie regenerowałem się jakoś za mocno. Uważam, że wystarczająco. Główny cel dalej w głowie – Czempiń i mistrzostwa Polski.
Wyspany, bez stresu, bez zamętu z rana pojechałem do Almere. Włożyłem strój startowy, poszedłem na rozgrzewkę i już się zaczęło. Poczułem lędźwie. Z początku myślałem, że to jakieś spięcie i stres, że powróci to, czego bym nie chciał.
Przebieg wyścigu
Start RBR Almere – ruszyłem odważnie z czołową grupą
Wystrzał startera i poszli. Ruszyłem odważnie i na miarę swoich możliwości z czołową grupą. Niestety od 4. kilometra ból lędźwi wrócił i to tak mocny, że musiałem zwolnić. Dobiegłem ledwo w tempie 3:23 min/km na 5. pozycji.
Na rowerze okazało się, że to koniec wyścigu. Po przejechaniu kilku kilometrów nie dałem rady kontynuować etapu kolarskiego. Koszmar z Czempinia powrócił.
Bez chwili zastanowienia spakowałem rower do samochodu i pojechałem do domu.
Tego dnia do domu wróciliśmy razem, ale zawodów nie skończyliśmy
W drodze powrotnej – łzy i pytania
Było mi strasznie smutno. Byłem zły, poirytowany i bezradny. Przez ostatni rok zrobiłem wszystko, żeby zapobiec DNF-owi i wystartować w duathlonie na maks swojego potencjału.
Zadbałem o siłę, pracowałem nad mobilnością. W przygotowaniach żadnych błędów nie popełniłem. Dobrze się odżywiam, dobrze śpię, zmieniłem pozycję na nową i nic to nie dało.
W drodze powrotnej pojawiły się łzy i pytania, które sobie zadawałem:
Co jest nie tak? Co pominąłem? Gdzie popełniłem błąd?
Przecież na treningu wszystko gra. Na biegach ulicznych na podobnej prędkości nic mi nie jest. Na rowerze przy większej mocy również nic. Wszystko tak samo… Poza jedną rzeczą.
Przełom – strój startowy
Jedyna rzecz, która odróżnia trening i zawody biegowe od zawodów triathlonowych czy duathlonowych, to strój. Strój startowy. Nagle mnie oświeciło.
Tak – od kiedy startuję w tym stroju, nigdy nie zrobiłem dobrego wyniku. Zakładałem go tylko na zawodach. I jak mam być szczery ze sobą, to jest chyba delikatnie za mały.
W sklepie poszedłem na ten sam model co wcześniej, lecz rozmiar mniejszy, ponieważ miałem gdzieniegdzie malutkie fałdki. Teoretycznie poprzednik był za duży. Niestety dałem się namówić. Zysk watów z bardziej upiętego stroju zasłonił mi oczy.
To by miało sens. Jestem za bardzo ściśnięty. Mam ograniczoną ruchomość i stabilizację przejmują nie te mięśnie, które powinny ją trzymać.
Test potwierdzający
Trzy dni później zrobiłem test. Ubrałem stary strój w rozmiarze M i zrobiłem trening w tempie startowym.
Wynik? Nic kompletnie mnie nie bolało. Mogłem odpalić na rowerze.
Pojawiło się światełko w tunelu.
Byłem w sklepie, żeby przymierzyć nowy strój. Mniej dopasowany, mniej aero. Komfort jest teraz priorytetem. Nie o 5 W chodzi. Ja chcę zyskać możliwość wystartowania na 100% w duathlonie.
Aktualnie czekam, aż przyjdzie jeszcze jeden trisuit, który mnie interesuje, i podejmę decyzję, który zostawiam. Wtedy idę na całego i resztę czasu do Czempinia będę w nim trenował.
Wierzę, że to jest rzeczywiście to. Nie straciłem jeszcze nadziei. Ta umiera ostatnia. Jak napisałem wcześniej – moim sportowym marzeniem jest wystartowanie w duathlonie na maks swoich możliwości.
A jak u moich podopiecznych?
U niektórych lepiej, u niektórych gorzej.
Są dwa nowe rekordy życiowe – jeden w maratonie, drugi w biegu na 5 km. Jeden z maratończyków otarł się o swój rekord o zaledwie jedną sekundę przez zbijanie piątek na trasie. Kolejny maratończyk złapał słynną bombę na 30. kilometrze przez za słabe odżywianie podczas biegu. Maraton nie wybacza.
Jedna osoba nie wystartowała w ogóle przez nieszczęśliwy wypadek dwa tygodnie wcześniej.
Co dalej?
Małymi kroczkami do przodu. Mam nadzieję, że po roku pozbędę się tego koszmaru.
Dalej celuję w podium na mistrzostwach Polski, mimo że byłem bardzo podłamany.
Jako ostatni szlif tydzień przed duathlonem jadę jeszcze time trial na 20 km. Tęskno mi też za mocnym kręceniem.
Czasem to nie korba, nie pozycja, nie trening. Czasem trzeba przejść przez DNF i łzy, żeby zobaczyć rzecz, która przez rok była cały czas na mnie.


