Podsumowanie mojego roku 2025
Początek – chaos w życiu, plan w sporcie
Początek roku był dla mnie prywatnie ciężki. Świeżo po zmianie miejsca zamieszkania, zmianie priorytetów. Musiałem podjąć decyzje, które wpłyną na moją przyszłość – tę najbliższą i tę dalszą.
Sportowo sezon był zaplanowany od A do Z. Starty A, B, C odpowiednio rozstawione:
📅 Plan startów na 2025
- 09.03 Bieg na 5 km, Haga Start C
- 13.04 Mistrzostwa Europy 10 km, Leuven Start B
- 27.04 Mistrzostwa Świata duathlon, Alsdorf Start A
- 10.05 Mistrzostwa Polski duathlon, Czempiń Start A
- 15.05 Jazda indywidualna na czas (sztafeta), Amsterdam Start C
- 21.09 Maraton Berlin Start A
Plan wyglądał super. Na papierze wszystko grało.
Styczeń – decyzje i rezygnacje
Po powrocie z Polski do Holandii na początku stycznia zacząłem od ogarnięcia życia prywatnego. Musiałem znaleźć więcej wolnego czasu, więc bez mrugnięcia okiem zmniejszyłem objętość treningową.
Zrezygnowałem z pełnego Ironmana w tym roku, w ogóle z triathlonu. Przyznam też, że irytowało mnie już moje pływanie i wychodzenie daleko na etapie pływackim. Najlepszym rozwiązaniem było zrobić roczną przerwę, żeby oduczyć się fatalnych nawyków.
Postanowiłem przygotować się solidnie na mojej ulubionej dyscyplinie – duathlonie, ale na dystansie średnim. Padło na Alsdorf (MŚ) i najfajniejsze zawody w Polsce – Czempiń. To pierwsza część sezonu, drugą postawiłem na maraton w Berlinie i solidną poprawę życiówki.
Wiosna – trening szedł jak po sznurku
Trening szedł jak po sznurku – krótko, ale intensywnie i specyficznie do danej dyscypliny. Po drodze do startów głównych miałem dwa starty kontrolne.
W Hadze poszło super jak na pierwszy start sezonu – czas 15:43 i 5. miejsce overall.
Kolejnym startem kontrolnym był dystans 10 km w Leuven – Mistrzostwa Europy w biegach ulicznych. Poziom zdecydowanie większy, trasa zdecydowanie trudniejsza, ale i forma lepsza. W ten deszczowy dzień udało mi się pobiec 32:14. Zważywszy na dużą ilość przewyższeń i sporą część trasy po kostce brukowej, byłem bardzo zadowolony.
Mistrzostwa Europy w biegach ulicznych – Leuven, 10 km
Alsdorf – mistrzostwa świata
Treningu specyficznego pod duathlon było już naprawdę dużo. Coraz bardziej podekscytowany czekałem, żeby znaleźć się na linii startu. Wszystko przebiegło bez chorób czy urazów.
Do Alsdorf miałem dość blisko, trochę ponad 200 km. Pojechałem dzień wcześniej. Pogoda znakomita – słonecznie, nie za gorąco, atmosfera super. Strój reprezentacyjny kraju na sobie. Gotowe, można zaczynać.
🏆 Wyniki – MŚ Alsdorf
5. miejsce overall i 2. miejsce w kategorii 30-34. Wyścig o 3. miejsce w kategorii wygrałem dosłownie o włos.
Medal za 2. miejsce w kategorii 30-34 – MŚ w duathlonie, Alsdorf 2025
Problemy pojawiły się tylko na rowerze – bolały mnie lędźwie i co jakiś czas musiałem podnieść się z pozycji aero. Pod koniec lekki skurcz. Ogólnie byłem z siebie bardzo dumny i zadowolony – przygotowanie było solidne.
Czempiń – choroba i pierwszy DNF
Trzy dni po starcie się rozchorowałem i to dość mocno. Na tyle, że tydzień byłem mocno osłabiony. Kolejny tydzień to tydzień startowy i start w Czempiniu. Treningowo nic specjalnego – krótkie minutówki na progu i baza na podtrzymanie. Pojechałem na miejsce już dwa dni wcześniej, żeby odpocząć po trasie 900 km samochodem.
Start duathlonu w Czempiniu – Mistrzostwa Polski
W dniu startu czułem się dobrze, przynajmniej tak mi się wydawało. Na biegu się okazało, że to była ułuda i organizm powiedział: „Hej, gościu, zwolnij!”. Tętno strasznie wysokie jak na tempo, ciężki oddech. Ale jakoś się doczłapałem na rower w 33:20.
Na rowerze wróciły problemy z lędźwiami – powtórka z tego, co było 2 tygodnie wcześniej, ale z kilkukrotnie zwiększoną siłą. Ból był na tyle duży, że musiałem w połowie podjąć decyzję o zakończeniu wyścigu.
❌ Pierwszy DNF w życiu
Nie ukrywam, że jechałem do Czempinia z myślą walki o najwyższy stopień podium. Niestety choroba plus zaniedbania siłowe pokazały mi, gdzie jest moje miejsce.
Amsterdam – drugi DNF w miesiąc
Po Czempiniu krótkie wakacje w domu rodzinnym i powrót do NL. Treningowo już oczy patrzyły w stronę Berlina. Wyrzuciłem z planu jedną jednostkę kolarską i zastąpiłem ją biegową. Do kolejnego startu jeszcze trzymałem intensywność na rowerze, żeby dobrze wystartować w sztafecie.
Nasz skład na Tri Amsterdam: Wiesiek (bieg), ja (rower), Rafał (pływanie)
Rafał wyszedł bardzo wysoko z wody – chyba 5. miejsce i około 33 minuty. Ruszyłem mocno – 4,7 W/kg i tak trzymałem do samego końca. Przyjechałem na drugiej pozycji.
Niestety okazało się po chwili, że jeden z wolontariuszy, który patrzył w telefon i w ostatniej chwili mnie zauważył, źle pokierował i skróciłem trasę o 2 km.
❌ Drugi DNF w życiu w przeciągu miesiąca
Było szkoda tym bardziej, że Wiesiek pobiegł również znakomicie, już w straszny upał, i skończyliśmy z potężną przewagą nad drugą drużyną. Niestety DNF…
Przyznam, że było mi przykro. Fajnie by było stanąć z chłopakami na najwyższym stopniu podium.
💡 Lekcja
Nauczyłem się, że trzeba liczyć na siebie i patrzeć przed siebie cały czas, a nie liczyć na innych.
Berlin – największy błąd sezonu
Po tym starcie odjąłem kolejny trening kolarski na rzecz biegowego. Totalnie zmieniłem sposób trenowania. Postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i przez 3 kolejne miesiące przejść typowy maratoński trening biegowy, z jedną jednostką kolarską około 2h w tlenie.
Przez miesiąc takiego treningu czułem, że forma rośnie, że naprawdę robię progres, ale też i zmęczenie narastało. Po 1,5 miesiąca przygotowań motywacja spadła – już nie miałem ochoty wychodzić na trening, organizm dawał wyraźne sygnały, że jest za dużo i mocno tego biegania.
Ogólnie robiłem trzy akcenty w tygodniu, co mnie zgubiło. Pamiętam, że nawet do jednego z kumpli mówiłem, że mam już dość, dowiozę te dwa treningi i regeneracja. Podszedłem zbyt ambitnie i to się źle skończyło.
Dopadło mnie przeciążenie. Na początku było to ciągnięcie w górnej części mięśnia czworogłowego. Bolało, jak zaczynałem biec, ale po 15 min przechodziło. Oczywiście to zbagatelizowałem – w głowie tylko dobry wynik w Berlinie.
Po 1,5 tygodnia ignorancji ten niepozorny ból przerodził się w poważną kontuzję przeciążeniową, która uniemożliwiała bieg i dawała o sobie znać nawet w życiu codziennym.
Po rezonansie magnetycznym przewidywania mojego fizjo Krzyśka się sprawdziły. Jasna diagnoza: przeciążenie obrąbka stawowego.
Musiałem się pożegnać ze startem w Berlinie jak i z bieganiem na jakiś czas…
Sam swoim podopiecznym bym już po pierwszych takich symptomach zabronił biegać na jakiś czas. Tydzień przerwy na samym początku objawów załatwiłby sprawę. Niestety w głowie miałem co innego: „Ja jestem niezniszczalny, to tylko przejściowe, Berlin i nowa życiówka”.
Z czasem zrozumiałem, że problemy z życia osobistego przeniosły się na każdą podjętą decyzję – i tę sportową, i tę prywatną. Sprawdziło się to, co mówią: nie masz ułożonego życia prywatnego, nie masz wyników.
Wrzesień – rower i powolny powrót
Po diagnozie pozostał mi tylko rower, na którym jeździłem bez żadnych objawów, i to nawet mocno. Biłem sobie komy u mnie w okolicy, nawet się dobrze bawiłem. Pogodziłem się już z tym, że ten sezon spisany jest na straty. Wyluzowałem, jeździłem dla zabawy, nawet wróciłem do pływania. Oczywiście w międzyczasie twardo robiłem ćwiczenia rehabilitacyjne.
Nie biegałem od 10 sierpnia do 18 września.
Treningi kolarskie w czasie rehabilitacji – przynajmniej krajobraz fajny
Po powrocie do Holandii, 5 września postanowiłem wystartować w jeździe indywidualnej na czas. Był to już któryś tydzień bez biegania. Pojechałem zobaczyć, jak nogi podają po samym treningu kolarskim i o dziwo – 17,5 km przejechałem w Amsterdamie super: 5,2 W/kg przez ponad 20 minut na rowerze czasowym.
Po jeździe indywidualnej na czas – Amsterdam, wrzesień 2025
Powrót do biegania – ostrożnie, ale skutecznie
Dwa tygodnie później już miałem zielone światło do powrotu do biegania. Stres coraz większy – mimo że regularnie robiłem ćwiczenia rehabilitacyjne, bałem się powrotu jak każdy sportowiec. To jest normalne.
W międzyczasie założyłem się z koleżanką i przegrałem… Jak się okazało po fakcie, zakład był o maraton w Maladze, który miał się odbyć 14 grudnia. Przegrany zakład to przegrany. Kupiłem pakiet startowy, lot, hotel. Nie powiem, podobał mi się ten pomysł – zastrzyk motywacji i nadziei, że jeszcze sobie wystartuję w fajnym miejscu na moim ulubionym dystansie. O wyniku w ogóle nie myślałem.
Chwilę wcześniej, pod koniec wizyty w domu rodzinnym, życie prywatne już mi się coraz bardziej układało. W domu to jednak w domu – najbliżsi dają moc.
Z bratem i chrześniakiem – dom rodzinny daje siłę
Powrót do biegania był bardzo ostrożny – pierwszy trening 18 września. Od tamtej pory zarysował się na stałe mój plan treningowy: bieg w poniedziałek, siłownia i basen we wtorek, rower w środę, bieg i basen w czwartek, rower w piątek, bieg w sobotę.
O dziwo bólu nie było. Prędkości, od jakich zacząłem, to około 5 min/km i tak z tygodnia na tydzień zwiększałem powolutku intensywność i długość. Po miesiącu spróbowałem pierwszych rytmów i wtedy dotarło do mnie, że jeszcze jestem w stanie coś pobiec w tym 2025 roku.
Starty końcówki sezonu
Zapisałem się na testowy bieg na 5 km w Gouda (9.11) i półmaraton w Spijkenisse (30.11). Oba te starty wygrałem. W Spijkenisse nawet pobiłem życiówkę – 1:09:44.
Po Spijkenisse byłem pewien dobrego startu w Maladze. W zasięgu było nawet to moje założenie sub 2:25, jakie miałem na Berlin.
Więcej o tych startach:
→ 5 km Gouda – jak kontuzja zmieniła mój sezon
→ Półmaraton Spijkenisse – nowy rekord 1:09:44
→ Maraton Malaga – 2:26:25
Podsumowanie – lekcja, której nie zapomnę
Ten rok nauczył mnie jednej, prostej rzeczy: nie bagatelizuj pierwszych sygnałów od organizmu.
Lepiej 3 dni przerwy niż 6 tygodni.
Wiem to. Uczę tego swoich podopiecznych. Sam tego nie posłuchałem. Ambicja, cel, plan – to wszystko ważne, ale nie wtedy, gdy ciało krzyczy „stop”. Ignorowanie bólu to nie siła charakteru. To głupota.
Gdybym zatrzymał się w momencie, gdy pierwszy raz poczułem ciągnięcie w nodze, gdybym dał sobie tydzień przerwy, wystartowałbym w Berlinie. Może nie pobiłbym życiówki, ale bym wystartował. A tak? Skreślony sezon, dwa DNF-y, kontuzja, rezonans, frustracja.
Ale ten rok to nie tylko porażki.
To rok, w którym dowiedziałem się, że życie prywatne ma bezpośredni wpływ na sport. Kiedy w głowie jest chaos, decyzje są złe – i na treningach, i poza nimi. Kiedy w domu jest spokój, wszystko się układa. Moje miejsce jest w Polsce. Tam jest dom, tam są najbliżsi, tam jest energia.
To rok, w którym nauczyłem się liczyć na siebie. Nie na wolontariuszy, nie na szczęście, nie na innych. Tylko na siebie.
To rok, w którym mimo wszystko wróciłem. Po kontuzji, po diagnozie, po skreślonej reszcie sezonu. Wróciłem i pobiłem życiówkę w półmaratonie jak i maratonie. Nie było to to, o czym marzyłem na początku roku, ale było to więcej, niż wydawało się możliwe we wrześniu.
💡 Rok 2025 w jednym zdaniu
Rok porażek, lekcji i powrotu. Rok, który pokazał, że upadek to nie koniec – że można się podnieść, otrząsnąć i biec dalej. Że trzeba słuchać ciała, dbać o życie prywatne i wierzyć, że po każdej burzy przychodzi cisza.
I że czasem przegrany zakład o maraton w Maladze to najlepsza rzecz, jaka może ci się przydarzyć.


